loader image

Najlepsza Wersja Siebie

“Podaj łapę”

Pojawiła się w naszym życiu niedługo po tym, jak dokładnie w dniu moich urodzin zniknął mały shih tzu, którego kupiliśmy. Do dziś nie wiem, co się z nim stało. Chcę wierzyć, że trafił do domu pełnego miłości. Chcę wierzyć, że był szczęśliwy.

Po jego odejściu w naszym domu zrobiło się cicho. Za cicho. Jakby ktoś zabrał kawałek rodzinnego serca. Postanowiliśmy pojechać do schroniska.

Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Pomieszczenie pełne klatek. Dziesiątki małych istnień. Dziesiątki par oczu. Dziesiątki historii zapisanych w drżących łapkach.

Gdy tylko weszliśmy do środka, rozpętała się burza. Szczekanie, piszczenie, skakanie po kratach. Małe serduszka krzyczały jednym głosem:

– Weź mnie.

– Ja będę najlepszym przyjacielem.

– To właśnie na mnie czekasz.

Patrzyłam na ten cały psi wszechświat zamknięty w metalowych klatkach i miałam ochotę zabrać wszystkie. Nie można uratować jednak całego świata w pojedynkę. Do tego potrzeba wielu dobrych ludzi.

Przeszliśmy raz, potem drugi, wtedy właśnie mąż powiedział:

– Zobacz tam, z tyłu.

Odwróciłam wzrok od szczekatych pyszczków a na samym końcu siedział ktoś, kto nawet nie próbował zwrócić na siebie uwagi. Jedyny jasny pies w całym pomieszczeniu. Biszkoptowy, chudy, przerażony. Opuszczonym łepek wskazywał, że już dawno stracił nadzieję. Jakby pogodził się z tym, że nikt go nie wybierze, że są ładniejsi, weselsi, odważniejsi i lepsi kandydaci.

I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Nie usłyszałam szczekania, nie usłyszałam skomlenia, usłyszałam ciszę. W tej ciszy jedno zdanie: „Mnie i tak nikt nie wybierze.”

Moje serce zadrżało, wyciągnęłam rękę, wskazałam palcem a z mych ust wydarło się słowo.

– Chcę tego.

Mężczyzna otworzył klatkę i podał mi małe, wystraszone biszkoptowe ciałko. Wtuliło się we mnie tak, jakby znało mnie od zawsze i wtedy już wiedziałam.

Nie przyjechałam po psa, to on mnie wezwał. Przyjechałam po członka rodziny. Po przyjaciela, którego znałam od dawna. Po nauczyciela, który mówił w innym języku. Po duszę, która miała iść obok mnie przez wiele kolejnych lat, które okazały się latami mojej osobistej transformacji.

Nie wiedziałam jeszcze, jak wiele razem przejdziemy. Nie wiedziałam, ile razy będzie ratować mnie przed smutkiem. Ile razy rozśmieszy mnie w najciemniejszych chwilach. Nie wiedziałam jak bardzo zaboli dzień, w którym przyjdzie nam się rozstać.

Być może właśnie na tym polega miłość. Nie jest obietnicą, że ktoś zostanie na zawsze. Jest cudem, że był wtedy, kiedy najbardziej go potrzebowaliśmy. Dziesięć lat, tyle czasu szła obok mnie. To były jednocześnie najpiękniejsze i najtrudniejsze lata mojego życia.

Stałyśmy się nierozłączne, otrzymała imię Luna. Czy to był przypadek? Dziś już nie wierzę w przypadki.

Pojawiła się wtedy, gdy wokół mnie było więcej ciemności niż światła. Przyszła cicho, na czterech łapach, i zaczęła rozświetlać miejsca, do których nie docierał już blask nadziei.

A potem odeszła. Tuż po błękitnej pełni. Znów w domu pojawiła się cisza. Tylko że to nie jest zwykła cisza. To cisza, która boli a jednocześnie jest delikatnym połączeniem z samym źródłem dającym powiew radości.

Nie słychać już kroków na drewnianej podłodze. Nie słychać ogoniastego pejcza uderzającego o grzejnik, kiedy cieszyłaś się na mój widok. Nie ma szczekania. Nie ma równego oddechu tuż obok łóżka. Nie ma spojrzenia pełnego miłości.

Łzy płyną. A jednak wydarzyło się coś niezwykłego. W dniu Twojego odejścia świat na zewnątrz ucichł. Ale w moim sercu Ty nie ucichłaś ani na chwilę. Słyszę Cię nadal tak wyraźnie, jakbyś nie odeszła, jakbyś jedynie przeszła przez niewidzialne drzwi prowadzące do innego wymiaru.

Idę do lasu i odruchowo odwracam głowę szukając Cię wzrokiem. Czasami mam wrażenie, że biegniesz obok mnie, dokładnie tak jak dawniej. W tej samej przestrzeni a jednak gdzieś poza nią. Niewidoczna dla innych, wyraźnie obecna dla mnie.

Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Po prostu Cię czuję. I zamiast rozpaczy coraz częściej pojawia się spokój. Bo wiem, że już nie cierpisz. Wiem, że Twoje łapy znów niosą Cię lekko. Że biegasz po zielonych łąkach, których nie ogranicza już ból ani słabość ciała. Wiem, że niczego Ci nie brakuje.

Nauczyłaś mnie tak wiele. Wierności, obecności, zaufania, miłości, która nie oczekuje niczego w zamian. Wiem, że ja również miałam swój udział w Twojej historii. Spotkałyśmy się nie bez powodu. Byłyśmy dla siebie darem. Prawdziwym spotkaniem dwóch dusz. Tutaj, na Ziemi, mówiłyśmy innymi językami. Ty nie znałaś moich słów. Ja nie znałam Twoich. Jednak rozumiałyśmy się lepiej niż wielu ludzi. Bez tłumaczeń, bez wyjaśnień, bez warunków.

Miłość znalazła własny język. Dziękuję Ci za każde spojrzenie. Za każdy spacer. Za każdą chwilę, kiedy byłaś obok. Za wszystkie lata, w których przypominałaś mi, czym naprawdę jest miłość.

Na zawsze pozostaniesz częścią mojego serca. Na zawsze będę słyszeć Twoje kroki.

A kiedyś, gdzieś po drugiej stronie mostu, wierzę, że znów podasz mi łapę.

Moja ukochana Luno.

Podziel się artykułem !

Podobne artykuły

“Ludzie bez granic”

Kolejne przemyślenia zapraszają bezsenne noce. Głowa ponownie próbuje zrozumieć co się wydarzyło. Znów rzeczywistość zmieniła się wokół mnie. Kolejne otwarte […]

Czytaj dalej

“Smak wpomienia “

Nadmiar dodatkowych obowiązków: zakupy, sprzątanie i dopieszczanie domu w każdym szczególe. Zmęczona i już w napięciu emocjonalnym spowodowanym nadmiarem bodźców, […]

Czytaj dalej

Poznaj nas bliżej

Zobacz cały blog

Rozwój

0
Przewijanie do góry