Nadmiar dodatkowych obowiązków: zakupy, sprzątanie i dopieszczanie domu w każdym szczególe. Zmęczona i już w napięciu emocjonalnym spowodowanym nadmiarem bodźców, staję się podatna jak gąbka. Chłonę emocje ludzi, którzy atakują się na parkingu za złe parkowanie. Ktoś inny poganiał panią za kasą. Hamowanie z piskiem na skrzyżowaniu, kiedy nieuważny kierowca zajeżdża drogę kobiecie z dzieckiem. Okres przedświąteczny to niewątpliwie piękny czas uczenia się siebie i swojej reakcji na przepływające emocje. Warto w tym czasie zatrzymać się, pooddychać i poczuć gdzie kończę się ja a zaczyna się świat.
Po walce o siebie i swój dobrostan, wracam do domu. Szybkie śniadanie i nagle dodatkowy składnik kanapki, którą właśnie przygotowywałam. Okazuje się, że członkowie domu, w którym do tej pory była cisza i spokój, zwieźli swoje emocjonalne bagaże i znów poczułam zagrożenie. Świat w brutalny sposób wpycha się w moją przestrzeń.
Siadam wkurzona przy stole, łzy spływają po policzkach a ja czuję ten smak, który doprowadził mnie do niezabliźnionej jeszcze rany. Smak dzieciństwa powrócił, niczym magik zmniejszył mnie i pokazał malutki telewizorek, w którym odnalazłam zrozumienie.
Kanapka z masłem, pasztetem domowej roboty, według receptury mamy, ćwikła i one. Łzy spływające po policzkach, niosące złość, gniew, żal i niesprawiedliwość. Wracają wspomnienia, pojawia się lęk, robi się ciemno, kiedy chmury emocji napływają coraz gęściej. Jestem dorosła, mój duch się zahartował. Mam odwagę rozpędzić te chmury i spowodować, żeby znów zagościło słoneczko a harmonia wróciła na miejsce.
Z miejsca w którym jestem widzę więcej, widzę dokładniej. Poranionych rodziców i ich wewnętrzną walkę z demonami, które mnie wychowały. Ich strach o bezpieczeństwo dzieci o zapewnienie im przestrzeni do wzrostu fizycznego. Za tym stało wiele czynników, które zmuszały ich do takiego a nie innego zachowania. Żeby żyć musieli upuszczać te nagromadzone emocje wywołujące łzy. Leczyły one dusze wszystkich członków danego rodu. Nawet płaczące dziecko już uwalniało ród od tego co trudne i ciężkie.
Mawiano kiedyś, że punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia. Nie wymagajmy więc zbyt wiele od siebie i otaczających nas ludzi. Nie wiemy przecież w którym miejscu siedzą i jaką mają perspektywę na świat. Nie obwiniajmy siebie ani innych. Doświadczenia, które przychodzą mają uwalniać, mają leczyć a przede wszystkim zabliźniać rany, które jeszcze się sączą.
Dziś zamykam pewien rozdział mojego życia. Nie czuję żalu, gniewu, złości. Nie biorę również poczucia winy na siebie za nikogo ani za nic. Wdzięczna zaś jestem, że moje ciało pamiętało a ja mam z nim świetny kontakt. Rozumiem co chce mi powiedzieć i cieszę się, że rozmumiem.
Czytaj siebie i oglądaj się w oczach ludzi jak w lustrze a zrozumienie przyjdzie szybciej niż myślisz.
Jak pracujesz nad swoją uważności? W jaki sposób leczysz rany? Czy próbujesz zbudować most porozumienia pomiędzy ciałem a duchem?




